Czemu kremy przeciwzmarszczkowe nie działają?

Tagi

, ,

Mam 34 lata. Od jakichś siedmiu poszukuję cudownego specyfiku, który pomoże wymazać zmiany z mojej twarzy, jakie wydeptał sobie czas, albo przynajmniej zwolni powstawanie nowych. Niestety, jak do tej pory, nie trafiłam jeszcze na takie cudeńko. Sięgałam po specyfiki z tzw. najwyższych półek, ale nie bałam się również schylić po te z niższych. W sumie zmarnowałam na te poszukiwania masę pieniędzy, czasu, o zawiedzionych nadziejach już nie wspomnę… A ilość kremów przeciwzmarszczkowych jest wprost zwalająca z nóg. Jedne obiecują nam natychmiastowy efekt – już po pierwszym użyciu „mamy odczuć różnicę”, inne każą na spektakularne rezultaty poczekać parę miesięcy. Przy czym tzw. kremy przeciwzmarszczkowe nie są jedynie na zmarszczki. Przecież zagłębienia pojawiające się na naszej twarzy to tylko jeden z objawów starzenia się skóry. Są jeszcze pęknięte naczynka, rozszerzone pory, ziemista cera, przebarwienia, zaskórniki, brak jędrności oraz sławetne cienie i wory pod oczami. To wszystko wpływa na to jak prezentujemy się światu każdego dnia. A wiadomo, że każda z nas chciałaby mieć skórę w tej części ciała jak przysłowiowa pupa niemowlaka, czyli jasną, jędrną, jedwabistą i bóg wie co jeszcze… Dosłownie na każdym rogu widzimy reklamy, billboardy, ekrany pokazujące długonogie i długoszyje kobiety, którym udało się osiągnąć ten wyżej wymieniony efekt, dzięki właśnie temu, a nie innemu kremowi. Aktorki, celebrytki, gwiazdy przekonują nas w telewizji, przed filmowym seansem, w supermarkecie, że swój wygląd zawdzięczają dokładnie temu specyfikowi i one są jego warte. Nie da się uciec od świata doskonałego wyglądu, bo tak naprawdę nasza rzeczywistość opiera się na grząskim grunto-bagnie zewnętrzności.

Ostatnio uświadomiłam sobie coś bardzo ciekawego. A mianowicie dwie moje przyjaciółki – posiadaczki najładniejszych cer wśród moich znajomych płci żeńskiej – praktycznie wcale nie używają kremów do twarzy. Jedna nie stosuje nic – nie wklepuje sobie ani co rano, ani co wieczór żadnego pachnącego mazidła. Druga stosuje kremy, ale są to raczej specyfiki nawilżające. I z moich obserwacji wynika, że nie są to rzeczy drogie – zwykłe kremiki, które jej się w sklepie nawinęły pod rękę. Przy czym zaznaczam, że obie panie nie tylko są moimi rówieśniczkami, ale również młodymi mamami. To co je łączy to w miarę uregulowany tryb życia – jedzenie posiłków o ustalonych porach i wczesne kładzenie się spać. Pomimo dzieci bardzo przywiązują wagę do swojego wysypianie się. Poza tym są to zupełnie różne osobowości – jedna jest maniaczką sportu, druga nie uprawia żadnej dyscypliny sportowej, jedna woli raczej kuchnię wegetariańską, a ta druga gotuje typowe, polskie obiady. Ale jest jeszcze coś, a właściwie dwie sprawy. Obie nie lubią cukru i raczej rzadko sięgają po słodycze. No i jeszcze te geny… U jednej ewidentnie natura jest szczodra dla całej rodziny… W przypadku drugiej sprawa nie wygląda już tak różowo.

Po co to wszystko piszę? A po to, żeby sobie i innym kobietom uświadomić, że młodości nie da się kupić w drogerii z kosmetykami. Na młodość składa się cały zespół czynników i kremy wcale nie są tutaj kluczem do sukcesu. Czasem po prostu natura nie bywa sprawiedliwa i daje nam średniej jakości geny… czasem same sobie szkodzimy jedząc śmieciowe jedzenie, spędzając całe dnie przed komputerem, albo nieustannie się stresując swoim wyglądem. Ktoś jednak nam próbuje wmówić, że rozwiązanie wszystkich naszych problemów znajdziemy w mazidełku zamkniętym w nowoczesnym, błyszczącym opakowaniu. Cóż taka jest natura kapitalizmu – jest zapotrzebowanie na młody wygląd, więc sprzedaje się marzenia o wiecznie młodej, alabastrowej skórze – przecież nikt nie zmusza nas, kobiet, do kupowania. Robimy to, podobno, z własnej nieprzymuszonej woli, w geście rozpaczy za nieuchronnie odchodzącą młodością, która zapewniała nam lub ma zapewnić wewnętrzne szczęście. Tak się jednak nie dzieje, ponieważ czym bardziej zależy nam na nieprzemijającym pięknie, tym ono szybciej przemija…

Ostatnio przyszła mi taka myśl do głowy – co by się stało, gdyby jednak rzeczywiście udało się nam zatrzymać czas? Dzięki kremom, tabletkom, modyfikacjom genetycznym – nieważne w jaki sposób. Chodzi o samo wyobrażenie spełnienia marzenia o wiecznej młodości. Przecież wtedy babcie, matki, córki wyglądałby tak samo i nikt nie byłby w stanie na podstawie wyglądu określić ich wieku. Brrrr… Jest coś przerażającego w takiej wizji – społeczeństwo składające się z samych nastolatków – tylko w różnym wieku. Można jedynie przypuszczać co by się wtedy działo, jaki chaos, rywalizacja, problemy z dojrzałością. Natura sobie coś wymyśliła, może się nam to podobać, albo nie, ale żadna z nas nie jest pępkiem świata i żadna nie będzie wiecznie młoda. Jedyne co mogę na dzisiaj zrobić to sobie wybaczyć brak doskonałości i popatrzeć z czułością na zmiany jakie zachodzą w moim ciele. To wszystko ja – moja osobista HISTORIA, która się zdarza w każdej sekundzie mojego istnienia. Chcąc ją wymazać, w pewnym sensie, wymazuję siebie.

To od nas zależy jak będzie wyglądać nasza rzeczywistość. Czy „pójdziemy” za tym i damy się zniewolić własnemu „lookowi”, czy też zdecydujemy się polubić przemijający czas, który każdego dnia daje nam nową siebie… Może z coraz mniej gładką skórą… Może z coraz większymi cieniami pod oczami, ale równocześnie coraz mądrzejszą, świadomą, pełną, która może dać innym coś znacznie więcej niż nieskazitelny wygląd. Amen.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.